Do pełni szczęścia brakuje tylko białych skarpetek, sandałów i siatki z Biedronki. No i oczywiście tego słowa z siarczystym “rrr” w środku, odbijającego się od ścian najdłuższej budowli świata. Esencja Janusza Polskości w pigułce, który zabiera ze sobą schabowe jadąc do Egiptu. Tak to wygląda …


Historia tej kiełbachy ze zdjęcia jest jednak nieco bardziej zagmatwana – to tak naprawdę opowieść o tęsknocie za domem. O tych ułamkach sekund, w których zastanawiam się dlaczego od ponad 15 lat żyję na emigracji i dlaczego targam ze sobą moją rodzinę.



Pierwsze miesiące życia w nowym kraju są jak zakochanie. Wad albo się nie dostrzega, albo wydają się być banalne. No i wszystko jest nowe: mieszkanie, praca, język, ludzie i jedzenie. Idealny moment żeby zacząć wszystko od początku. Nawet skradają się myśli że można by tu zostać na zawsze. Ale to tylko emocje, które naprawdę potrafią być złudne.


Po setkach ochów i achów w końcu przychodzi TEN moment – gdy rzeczy powoli zaczynają powszednieć. Kurczak słodko-kwaśny, którego tak uwielbiałem dosłownie wychodzi mi uszami. Stoisko z pierożkami jiaozi omijam szerokim łukiem, choć kiedyś potrafiłem stać po nie 15 minut w kolejce. Coraz częściej też zamieniłbym pałeczki na zwykły widelec. Próby odwzorowania polskich potraw też nie zawsze wychodzą. Jesteśmy daleko od domu – mieszkamy na stałe w Pekinie.



Kilka razy w roku padało jednak zbawienne pytanie od znajomych podróżników – “Co Ci przywieźć z Polski?”. Odpowiedź mogła być tylko jedna – “KIEŁBACHĘ!!!”. Był to początek niesamowitej przygody o której większość z tych ludzi nie miała pojęcia – będziemy smażyć tę kiełbachę na szczycie Chińskiego Muru, na którym na dodatek będziemy spać. A czemu tak? Nie można jej tak po prostu zjeść spokojnie w domu tylko włóczyć się w nocy po jakichś rozpadających się murach? A no bo tak … żeby nadać trochę polotu i finezji do monotonii życia. Bo możemy! Bo smażenie Śląskiej na Chińskim Murze wydaje się nierealne i dziwne!


Nigdy nie zapomnę tych chwil – gdy patrząc w bezkres muru mogłem chociaż przez chwilę zatęsknić za Polską  i poczuć że jednak mam korzenie. Czas się zatrzymał … Skrzeczenie chińskich kruków idealnie łączy się z syczeniem polskiej kiełbachy, a zapach zielonych gór, mgieł i lasów z jej zapachem. Dwa światy stały się jednym. W głowie powstał obraz namalowany ręką mistrza. Są to chwile w których mógłbym umrzeć z uśmiechem na ustach. Chwile absolutnego szczęścia. Chwile których nie zapomnę do końca życia.



Naprawdę warto kolekcjonować piękne wspomnienia. Na dobrą sprawę – kiedyś tylko one nam pozostaną. Trzymaj się!

Kategorie: Podróże

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *