Fajnie tak sobie zmieniać miejsce zamieszkania co 2-3 lata. Lubię to uczucie, gdy wszystko jest jedną wielką niespodzianką. Ludzie, miasto, jedzenie, praca, mieszkanie i pełno innych mniejszych lub większych rzeczy. Wszystkiego trzeba się uczyć od nowa. Czysta tablica. Zupełnie jakby zaczynał się kolejny rozdział powieści przygodowej. No i nikt mnie tu nie zna, więc sporo błędów z przeszłości trochę się zamazuje

PIERWSZE DNI

Pierwsze dni są trochę jak zakochanie – nie dostrzega się jeszcze problemów i ma się wrażenie że w tym miejscu można zostać już do końca. Na samym początku pobytu w Pekinie charkający Chińczycy wydawali mi się zabawni. Podobnie jak dzieci sikające na środku sklepu, w metrze czy … do śmietnika. Smog był jak poranna mgła, a śmierdzące tofu sprzedawane przez bezzębnych starców wywoływało jedynie uśmiech i poczucie że jestem teraz daleko od domu. Jazda rozklekotanym tuk-tukiem bez pasów bezpieczeństwa i wchodzenie z pełną szybkością w zakręty podnosiło poziom adrenaliny a w rezultacie fala euforii znowu zalewała całe ciało. Poza tym ludzie chodzący tyłem, uderzający plecami w drzewo z niewiadomego powodu lub krzyczący na całe gardło w parku byli tacy … dziwni.

I gdybym po dwóch tygodniach wrócił do domu, ta ich dziwność pozostałaby w mojej głowie już na zawsze.Może dalej bym myślał że w Chinach każdy zjada psy, większość ludzi żyje na granicy ubóstwa a każdy towar z metką ‘made in China’ rozwali się po kilku dniach. Ale ja nie przyjechałem tu na wakacje – ja mam tu żyć. Chodzić do pracy, robić codzienne zakupy, załatwiać sprawy w banku i składać skargi przez telefon w kraju gdzie znikomy procent ludzi rozumie angielski.

FRUSTRACJA


Po pewnym czasie przychodzi okres frustracji , gdy drobne rzeczy zaczynają drażnić bardziej niż zwykle. Pierożki na śniadanie przestają już być czymś niezwykłym a brak pieczywa w sklepach ewidentnie zaczyna doskwierać. Plucie na ulicy staje się zwykłym chamstwem, a blokowanie większości stron internetowych wywołuje coraz więcej negatywnych myśli. Spora część ludzi którzy wyprowadzają się za granicę nie wytrzymuje tej inności i wraca do domu. To nie jest łatwe, szczególnie jeśli planuje się przeprowadzkę do miejsc zupełnie różnych kulturowo. Trzeba trochę pojeździć po świecie aby być na to wszystko przygotowanym.


AKCEPTACJA


Kolejnym etapem jest akceptacja i zrozumienie. Wtedy patrzy się na wszystko ‘na chłodno’. Poznając lokalnych ludzi dowiadujemy się dlaczego robią tak a nie inaczej. Nadal wiele rzeczy nas drażni, ale wraz ze zrozumieniem, drażnią one trochę mniej. Dodatkowo poznając język, powoli stajemy się częścią tej kultury. Wsiąkamy w nią na tyle, na ile możemy.


W Chinach świętowaliśmy Chiński Nowy Rok i wypędzaliśmy potwora Niana za pomocą petard. W Czechach cieszyliśmy się razem z Czechami w 30-tą rocznicę obalenia komunizmu a na śniadanie jemy tu proste rogale zwane ‘rohlikami’. W Hiszpanii uczyliśmy się tańczyć i zaczęliśmy się spóźniać żeby nie musieć na nikogo czekać. Z Anglii po 10 letnim pobycie wynieśliśmy zwyczaj jedzenia fasolki i jajek na śniadanie. Wszystkie te małe i większe rzeczy przenosimy z sobą w kolejne miejsca. Pamiętam ten moment, te kilka chwil kiedy zdałem sobie z tego sprawę.

Był sobotni poranek. Robiłem angielskie tosty w tosterze, który kupiliśmy na jakimś zapyziałym targu w Pekinie. W czeskim radio akurat leciała piosenka ‘Abre que voy’ przy której ćwiczyliśmy nasze pierwsze kroki salsy w Hiszpanii. Ta jedna chwila zawierała esencję całych naszych 15 lat emigracji. Zawsze marzyłem o takim życiu i nie zamieniłbym je na żadne inne.

Tło i wydarzenia w naszej historii ciągle się zmieniają i nie ma tu miejsca na nudę. Jedna rzecz pozostaje jednak taka sama – nawet mieszkając na końcu świata zawsze mam blisko do domu. Jak to ktoś napisał ostatnio w komentarzu – nie ważne gdzie jesteśmy, ważne że jesteśmy razem. Bo dom jest tam, gdzie jest moja rodzina 🧡

Kategorie: Najnowsze

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *