Jak wygląda sprawa językowych przyspieszaczy

Już czwartą godzinę z rzędu zakuwam niemiecką gramatykę. Po takim czasie mózg zaczyna widzieć różne dziwne rzeczy.  Zwykła droga znad książki do kuchni to jakieś surrealistyczne paranoje. Przedmioty codziennego użytku zaczynają się same odmieniać przez przypadki, a ich końcówki nabierają jakichś dziwnych kształtów zrozumiałych zapewne tylko psychopatom. Na szczęście ten stan trwa tylko kilka minut. No ale do rzeczy!


Jakaś zasada mówi że jeśli poświęcisz czemuś 10.000 godzin to będziesz kozakiem. Czyli jakieś 3h dziennie przez 10 lat. Długo. Mimo że limit 10.000 godzin przekroczyłem już dawno temu, nie czuję żebym był mistrzem w swoim fachu. No ale do jakiegoś tam poziomu w nauce języków już doszedłem. Na własnej skórze przekonałem się co działa, a co można rozbić o kant dupy. Wiem jak przyspieszyć naukę słówek i gramatyki no i generalnie jak to wszystko ogarnąć żeby nie dołować się brakiem progresu . No i najważniejsze – lubię to! Do tego stopnia że z językami obcymi związałem swoje życie zawodowe. Języki obce i ja – niezmiernie od prawie 20 lat. Póki śmierć nas nie rozłączy! 


Tak naprawdę niewiele rzeczy potrafię robić dobrze. Policzyłbym je na palcach jednej ręki nawet gdybym dwa z nich odciął sobie podczas na przykład krojenia chleba. Jest to całkiem możliwe bo często bujam w obłokach. Poza tym mam kiepski zmysł orientacji, wiecznie czegoś zapominam, notorycznie gubię i psuję rzeczy i nie jestem też mistrzem kierownicy. Coraz częściej też proszę moich uczniów o pomoc w obsłudze komputera. Ale nauczyć się języka obcego potrafię w miarę szybko. No i podobno potrafię też klecić sensowne zdania i biec długo przed siebie, niczym Forest Gump. Streszczam się bo ten wstęp ciągnie się jak 40-sta seria Mody na Sukces!


Dziś poczułem się jakby z ekranu monitora wylazła wielka mięsista dłoń i strzeliła mnie prosto w twarz. Od tej soczystej sałatki z liści aż zadźwięczało mi w uszach i jeszcze przez długie chwile byłem otumaniony. Ciągle nie wiem czy to jakiś żart czy ktoś tak na serio … Po skończonym germanistycznym maratonie odpaliłem sobie Facebooka żeby zobaczyć co tam słychać w wirtualnym świecie moich znajomych. I właśnie wtedy ujrzałem jego twarz …


Miał zasłonięte oczy jakąś czarną klapką a do głowy miał przymocowane kable. Na początku myślałem że to trailer nowego filmu o Frankensteinie, ale nie! To człowiek który rano się obudzi i przez sen nauczy się dowolnego języka obcego! Jakie to kurna proste – podłączasz kabelki, zakładasz klapkę na oczy i idziesz spać. Cudowna metoda profesora Bool Shyeta sprawi że następnego ranka będziesz władał angielszczyzną płynniej niż Królowa Brytyjska! Będziesz mógł stanąć przed lustrem i zadeklamować „My name is Nusz – Ja Nusz” niczym James Bond w Jutro Nie Umiera Nigdy. Jeśli wybierzesz opcję niemiecką to za kilka chwil będziesz mówił tak płynnie, że cała rzesza ludzi pójdzie za Tobą w ogień! No i zobacz te tłumy dziewczyn od których nie będziesz mógł się odpędzić gdy niczym rodowity Francuz powiesz im „Gdybyś była kanapką w McDonald’s, nazywałabyś się McBeauty”.


A wiesz co mnie najbardziej boli? Że są ludzie którzy w to wierzą! Wierzą w to że wystarczy puścić sobie jakąś płytę, zasnąć, a wszystko zrobi się samo. Wierzą w to że wcale nie trzeba poświęcać 1500 godzin aby dojść do poziomu C2, czyli kozackiego, bo ta metoda to przecież cud techniki! Profesor Bool Shyet nie może się mylić! Jeśli to jest takie drogie to MUSI działać! „Nauczyciele języków go nienawidzą” – tak reklamowali to gówno 💩. I wcale się nie dziwię że nienawidzą – to wciskanie leniwym ludziom kitu i wiary w to że mogą do czegoś dojść na skróty, bez ciężkiej pracy. To co przychodzi zbyt łatwe jest gówno warte. Tego się trzymam i trzymać będę. Nie ma lipy – trzeba zasuwać!


Kategorie: Języki

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *